Aktualności

15.04.2014
Beata Nowacka o kampanii ADRIANA (część 1)

- Na udział w reklamie w związku z kampanią „Rak. To się leczy” zgodziłam się bez zastanowienia. Cel był jeden – pokazać, że jesteśmy obok tak samo wartościowe jak kiedyś, zachęcić kobiety to dbania o siebie, pokazać innym ludziom, że moja koleżanka, kuzynka, dziewczyna, czy żona jest piękna ciałem i sercem, że jesteśmy częścią tego świata, że mamy iść do przodu, zwyciężać! - mówi w rozmowie z naszym serwisem Beata Nowacka, modelka, która wystąpiła w kampanii billboardowej "ADRIANA".


Poniżej publikujemy pierwszą część długiego wywiadu z Panią Beatą. Druga część wywiadu już jutro w serwisie adrian-rajstopy.pl.

Dla wielu kobiet rak, a zwłaszcza rak piersi, to temat tabu. Pani nie tylko o tym mówi, ale jeszcze wystąpiła Pani na billboardzie. Widać, że ma Pani w sobie wiele odwagi?

Rak piersi jest tego typu odmianą choroby nowotworowej, która w wielu sytuacjach jest widoczna dla innych. Kobieta, która doświadczyła tych przejść, jest tego w pełni świadoma. Wiadomo, iż w obecnych czasach po amputacji piersi można przejść jej rekonstrukcję, ale, zanim to nastąpi, kobiety noszą protezy i przechodzą dalsze leczenie, jak chemioterapia, czy radioterapia. Potrzeba czasu, aby poukładać to w sobie psychicznie i fizycznie. Natura kobiety ujawnia dużą wrażliwość, bo jesteśmy dość mocno samokrytyczne, a akceptacja innych osób jest dla nas bardzo istotna. Każda z nas cofnęłaby czas za niemal każdą cenę, aby być nadal zdrową kobietą. Większość kobiet nie ujawnia swoich doświadczeń związanych z przejściem procesu choroby. Chęć mówienia o tym wyzwala się, gdy spotykamy osoby, które przeszły podobną drogę. Zrzeszamy się w stowarzyszeniach i klubach Amazonek w całej Polsce. Stajemy się wolontariuszami-ochotnikami, by nieść wsparcie i dobre słowo innym kobietom, które są na początku drogi w walce z chorobą. Chcemy im pokazać, że rak to nie wyrok, że to się leczy i życie może być piękne, a nawet bardziej kolorowe niż przed. I to działa! Sama jestem taką ochotniczką i właśnie dlatego,  że przeszłam taką chorobę, jestem bardziej wiarygodna. Na udział w reklamie w związku z kampanią „Rak. To się leczy” zgodziłam się bez zastanowienia. Cel był jeden – pokazać, że jesteśmy obok tak samo wartościowe jak kiedyś, zachęcić kobiety to dbania o siebie, pokazać innym ludziom, że moja koleżanka, kuzynka, dziewczyna, czy żona jest piękna ciałem i sercem, że jesteśmy częścią tego świata, że mamy iść do przodu, zwyciężać! Przecież rak piersi dotyka teraz coraz młodsze dziewczyny, które jeszcze nie zdążyły założyć rodziny i nie są przygotowane na takie wyzwanie życia. Przyznam, że bezpośrednio po chorobie nie miałam tyle odwagi w sobie co teraz, ta chęć dzielenia się swoimi doświadczeniami zrodziła się m.in w Poznańskim Towarzystwie Amazonka oraz dzięki ogromnemu wsparciu moich bliskich, przyjaciół i koleżeństwa ze środowiska pracy. To ludzie dodali mi skrzydeł.

Co Pani pomyślała, gdy dowiedziała się Pani o dramatycznej diagnozie? Był strach, rozpacz, czy raczej chęć walki?

Gdy miałam dziewięć lat, zmarła na raka moja mama. Podświadomie czułam to „piętno” i, gdy byłam młodą dziewczyną, bardzo się kontrolowałam. Jednak z biegiem lat zapał zmalał. W moim środowisku nie rozmawiało się o takich chorobach. Wydawało się nam, że to nas nie dotyczy. I kiedy wyczułam w sobie guz, poczułam wewnętrzny strach. Kiedy moje obawy potwierdził lekarz onkolog, wiedziałam że wiele się zmieni. Byłam samotną matką z 12-letnim synem, kontynuowałam drugi rok studiów magisterskich, chodziłam do pracy, uprawiałam sporty, byłam szczęśliwa. Pod szpitalem układałam sobie plan dalszego życia, jak powiedzieć to synowi, jak tacie, jak zareagują przyjaciele i jak długo będę żyć. Przeszłam wszystkie możliwe etapy – chemię przed operacją, by guz się zmniejszył, chemię po mastektomii, radioterapię i pięcioletnie leczenie farmakologiczne. Ponieważ jestem pozytywnie nakręconą osobą powiedziałam sobie, że łatwo się nie dam. Ustaliłam sobie silny plan działania. Będę walczyć z całych sił z uśmiechem na ustach, wytrzymam leczenie, skończę studia, będę chodzić do pracy tak długo, jak mi lekarze pozwolą, nie okażę słabości. Wygram! Do pracy wróciłam będąc w trakcie radioterapii, w peruce. Miałam wokół siebie wielu wspaniałych ludzi w pracy i poza nią.

Jak dawno to było? W jaki sposób zmieniło to Pani życie – zarówno pod względem psychicznym, jak i fizycznym?

W tym roku 1 czerwca minie siedem lat od mastektomii. W międzyczasie przeszłam rekonstrukcję piersi, dzięki której poczułam się bardziej kobieca. To wspaniałe uczucie, kiedy mogłam już założyć każdą bluzkę i sukienkę. Choroba uzmysłowiła mi, jak ważne jest życie, jak warto doceniać każdą chwilę, jak warto być w tym świecie wśród ludzi i cieszyć się z drobnostek. Fizycznie poczułam w sobie jeszcze więcej siły niż kiedyś. Nie umiem wytłumaczyć dlaczego, być może w każdym człowieku drzemie potęga „chcenia” i działania, która uwalnia się w trudnych sytuacjach. Jestem dumna, że jestem wolontariuszem i że choć troszkę mogę ukoić wewnętrzny ból kobiet zmagających się z rakiem piersi. Ich akceptacja i zrozumienie jest dla mnie bardzo ważne. A jak fizycznie zmieniło się moje życie? Operacja wiązała się z usunięciem węzłów chłonnych. Nigdy już nie będę miała tak sprawnej ręki, jak przed chorobą. Zawsze będę musiała poddawać się masażom limfatycznym. Z tego względu muszę się oszczędzać fizycznie, aby nie doprowadzić do obrzęku ręki i dłoni. Ponieważ od dawna jestem aktywna sportowo, toteż nie wyobrażałam sobie, abym mogła inaczej żyć. Od wielu lat odwiedzam siłownię, aby wzmocnić swoje ciało, gram w siatkówkę, odkryłam uroki narciarstwa, a ostatnio również pokochałam tenis ziemny. Oczywiście w pełni kontroluję swoje możliwości i konsultuję się z lekarzami. Chwytam życie garściami, jakby świat jutro miał się skończyć.

Najpierw zabieg, później rekonwalescencja. Czy to fizycznie jest bolesny okres? Bo psychicznie na pewno.

Główny etap leczenia obejmował okres sześciu miesięcy. Ponieważ jestem niepoprawną optymistką, to operacje mnie nie stresowały i czułam, że idę do przodu ku lepszemu. Trudna była chemioterapia, ale jadąc do szpitala na dwa dni co trzy tygodnie nakręcałam się, jakbym jechała na weekend z przyjaciółmi. Poznałam tam wiele wspaniałych dziewczyn, z którymi mam kontakt do dziś. Obok siebie miałam wielu wspaniałych lekarzy, pielęgniarek i pielęgniarzy. Człowiek jest w stanie wiele znieść w imię życia. Ból i obrzęk ręki w początkowym okresie po operacji uświadamiał, że jestem, że wciąż jestem! Wokół nas jest wiele osób, które przechodzą trudne zmagania ze swoją chorobą i znacznie trudniejsze dla nich są to chwile, niż moje. Jestem tylko częścią, kroplą w tej grupie osób.

Czy dzisiaj Pani boi się swojej choroby, czy raczej cieszy się Pani, że udało się ją pokonać?

Zawsze będę się kontrolować, znam znaczenie słowa remisja. Wspieramy się do końca i gdy już nadzieja gaśnie przeżywamy to głęboko. Czy boję się choroby? I tak i nie. Jestem świadoma profilaktyki, dbam o siebie, pielęgnuję życie jakie mi darowano i niosę tę nadzieje innym. Ostrzegam, mówię o moich błędach. I cieszę się z każdego kolejnego roku, bo życie ludzkie je wartością najcenniejszą.


Zobacz pozostałe wpisy